Wiosna – i stopy w końcu przestały mi marznąć.
„EYES ON FIRE”
Z nieukrywaną przyjemnością patrzę, jak stara twierdza rozsypuje się i obraca w pył. Stoję na środku dziedzińca i jedynie na co mam ochotę, to chwycić za kilof i pomóc jej umrzeć. Zniszczyć każdą cegłę, która posłużyła mi do wybudowania tego cmentarnego azylu. Jej mury są nienasycone i chociaż nie wiem jak bardzo bym się starała, nigdy nie zdołam zaspokoić jej wypaczonego pragnienia. Nie chcę opuszczać miejsca, które mnie ukształtowało-zniekształciło, ale już czas wpuścić trochę świeżego powietrza do tego zatęchłego grobu. Chcę żeby umarło, rozpuściło się jak brudna bryła zbitego śniegu w delikatnym uścisku ciepłego, nocnego wiatru.
Jestem coraz bardziej głodna. Pożeram, ale nie morduję; uwodzę, ale nie wykorzystuję. Ofiara, która stara się myśliwym oraz myśliwy, który padł ofiarą. Sukcesem nie jest rozgniecenie modliszki obcasem, ale schwytanie i oswojenie jej tak, by posłusznie siedziała na ramieniu.
MoRmi.
CZTERY PORY ROKU – ZIMA
Mam wrażenie, że bezpieczeństwo które wybrałam, tępi mój skalpel zmysłów. Wprawdzie dzięki temu stałam się grzeczniejsza, z grubsza poukładana oraz przede wszystkim, przestałam być zagrożeniem dla siebie i innych. Problem jednak w tym, że bez dobrze naostrzonego noża, nie jestem w stanie dokonać operacji na otwartym sercu bez ryzyka zakażenia.
Poprawność powoduje, że drętwieję. Brakuje mi sytuacji granicznych, które były głównym paliwem maszyny-do-robienia-słów. Przestaję pisać, bo porzuciłam rzeczy, które rujnowały mi życie… a może dlatego, że uczę się mówić i mam w końcu z kim porozmawiać, przez co nie potrzebuję już tworzyć wyimaginowanych alternatyw?
Świat zagrzebał się w głębokim śnie i tylko księżyc nieśmiało zagląda do mojego okna. Stukot palców, uderzanych o klawisze klawiatury, delikatnie mąci jezioro spokoju i znaczy na jego tafli niewielkie okręgi, które coraz szersze i szersze, nikną w nocnej otchłani.
Rysuję, pierwszy raz od ponad dwóch lat. W Krakowie nie mam na to czasu – nie mam czasu na ucieczkę.
MoRmi.
FROZEN SPARK
Nie rozumiem ani katolicyzmu, ani chrześcijańskiego Boga. Wybrałam śmierć za kochanka, dawno temu, kiedy moje dziecięce serce pochłonęły odmęty samotności i odosobnienia. Teraz, po paru latach od rzekomego nawrócenia, wciąż czuję na swojej skórze dotyk kościanych palców, po których przechodzi mnie przyjemnie zimny dreszcz. Żyję na granicy katolicyzmu, żywiąc się resztkami z Pańskiego Stołu, które gwarantują mi zasadniczo normalną egzystencję i spokojny sen. Mimo to, moje serce wciąż wyje z tęsknoty za robaczywą ideologią i wypaczoną filozofią.
Brakuje mi stabilizacji, punktu odniesienia i podparcia. Dotychczas nie znałam swojego powołania, nie potrafiłam stworzyć dalekosiężnego i długoterminowego planu na życie, jednakże intuicja nieustannie zapewniała mnie, że cokolwiek wówczas robiłam, robiłam dobrze. Przypominało to podróż pociągiem we mgle – wprawdzie nie miałam pewności przez jakie tereny i miasta ciągnęła się linia trakcyjna, jednak wiedziałam, że doprowadzi mnie ona do celu. Od jakiegoś czasu czuję, że moje życie zupełnie się wykoleiło. Nie potrafię wrócić na dawny szlak. Niepostrzeżenie utraciłam igłę w kompasie serca, przestałam się rozwijać, a zniechęcenie i apatia pochłonęły niemalże każdy aspekt mojej egzystencji.
Ziemia uparcie wędruje po swojej orbicie, podobnie jak ludzie przemierzający każdego poranka mokre ulice miasta. Ja tymczasem stoję gdzieś na uboczu w towarzystwie gromady pytań i wątpliwości, które znów pozostają bez odpowiedzi.
MoRmi.
TIN WOODMAN I JEGO POSĄG
Zapominałam o systematycznym dokręcaniu sprężyny, dlatego teraz wszystkie moje śrubki znowu wyszły na zewnątrz. Chyboczą się i tracą swoje nakrętki. Stoję ze śrubokrętem w dłoni, ale nie jestem w stanie wykonać żadnego ruchu, bo mam wrażenie, że któraś z części ciała odpadnie i utracę ją nieodwracalnie.
Jak stary i zniszczony posąg, w ciszy i zapomnieniu, obrastam bluszczem zobojętnienia i niemocy. Czuję, jakbym zdradzała swoje pasje. Ukrywam się za zasłoną obowiązków, karmię coraz to wymyślniejszymi wymówkami i usprawiedliwieniami. Tymczasem jedyną osobą, którą krzywdzę i okłamuję, jestem ja sama.
Sama już nie wiem, który z bałaganów jest większy.
Może już czas porzucić swój azyl i wyjść na zewnątrz? Może powinnam zaleźć sobie w końcu jakieś „koleżanki”?
MoRmi.