POISON

Czas wyciągnąć pazury i naostrzyć kły.

My cruel device
My blood, like ice
One look could kill
Your pain, my thrill

Ponoć najlepszą obroną jest atak. Dość więc tych słodkości, ciepła
i serdeczności. Chcą modliszki? Więc ją dostaną.

You want to love me but you better not touch
(Don’t touch)
You want to hold me but your senses tell you to stop
You want to kiss me but you want it too much (Too much)
You want to taste me but my lips are venomous poison

Jeszcze piękniejsza, słodsza, konkretniejsza i pociągająca.
Jeszcze bardziej wyrachowana, niebezpieczna, jadowita i dzika.

My mouth, so hot
My web, you’re caught
My skin, so wet 

Bo zemsta bywa słodsza od jadu.

You hear I calling and it’s needles and pins
(And pins)
You want to hurt me just to hear me screaming your name
Don’t want to touch me but I’m under your skin (Deep in)
You want to kiss me but my lips are venomous poison

Nie jestem uroczym kociakiem. Jestem Kobietą… i jeszcze pokażę na co mnie stać.

I’m poison running through your veins 

Alice Cooper „Poison”

POWRÓT RUDEJ KARYKATURY

Mam tego dość, w przyszłym roku wynoszę się do ciepłych krajów. Jak to ma być ten słynny efekt cieplarniany, to ja jestem Rysio z „Klanu”. Moja ciepłolubna natura właśnie kwiczy, wije się na podłodze i wyrywa resztki włosów z czachy, przechodząc w stan agonii. Ostatnio czuję się i wyglądam jak Anaruk, chociaż wcale nie jestem chłopcem i nie mieszkam na Grenlandii. A jednak, jeszcze kilka dni i zacznę biegać z oszczepem po ulicach i polować na tramwaje, gdyż „foczki” mnie nie kręcą. Przez tą temperaturę, mój mózg przełączył się na tryb awaryjny i gromadzi w silosach mojego brzucha, zapasy ciepłego tłuszczyku. Nawet by mi to nie przeszkadzało, gdyby co chwilę nie informował mnie tak natrętnie, o ubywającym inwentarzu i konieczności uzupełniania jego braków. Nawet sok marchewkowy zszedł chwilowo na dalszy plan, ustępując miejsca gorącej herbacie z miodem i cytryną!

Ruda karykatura wróciła. Była tak przebiegła, że kompletnie jej nie rozpoznałam pod nowym przebraniem. Truła mi do ucha, podgryzała i kłamała za każdym razem, kiedy tylko patrzyłam do lustra. Ja, głupia uwierzyłam w każde jej słowo. Lecz przyszedł nareszcie dzień, w którym lustro roztrzaskało się na setki drobnych kawałków, a moim oczom ukazała się jej wstrętna postać, o wrednym pysku modliszki.  Złapałam tę małą cholerę za gardło i z zaciekawieniem spoglądam, jak wije się i syczy z wściekłości. Tylko co ja mam z nią teraz zrobić?

Lodołamacz serca ruszył. Jest wielki, bezlitosny, stanowczy i zdecydowany, co wywołuje u mnie fale panicznego lęku i rozbudza uśpione instynkty samozachowawcze. Jednakże teraz jest już za późno na ucieczkę. Zaciskam więc zęby i czekam, aż pierwszy ból pękającego i kruszonego lodu przeminie. Kiedy wszystko stopnieje, znów zacznę tęsknić i pragnąć. Tymczasem muszę odszukać w sobie ocalałe okruchy siły.

MoRmi

PS. Mylog, po półtoramiesięcznym zawiasie, w końcu wypluł moje archiwum. Dzika radość! xD