HEAVEN’S NOT ENOUGH

Pod chłodnym płaszczem nocnej aury, cichutko i dyskretnie, cedzę myśli sitem samoświadomości. Wiją się one i podskakują jak małe rybki, które wyciągnięte z wody, rozpaczliwie walczą o ostatni oddech. Lecz jedyne co udaje mi się z nich wycisnąć, to kwaśny osad rzeczywistości, który spijam raz po raz. Upijam się nim, upijam własnymi myślami. Za mało słów by pisać, a zbyt dużo uczuć, by je wyrazić.

Po co to wszystko, dlaczego przeżyłam? Dlaczego tak uparcie o mnie walczył i chronił? Dlaczego wyszarpał oślinionej mordzie otchłani? Po co mi te wszystkie doświadczenia? Dlaczego ja?

Podniósł mnie. Żyję, ale co teraz? Coraz więcej pytań i żadnych odpowiedzi.

Mówi się, że „Przyjaciel” jest jeden, ale na całe życie. Mój właśnie wykrzyczał mi wszystkie bolesne wspomnienia, chwycił za serce i szarpną z całej siły. Spadam. Coraz szybciej i szybciej, niczym wielki kamień wrzucony do głębokiej studni. Bałam się. Za wszelką cenę starałam się mu wyrwać, ale podczas całej tej szarpaniny, zapomniałam kim jestem. Jednakże, przecież to tylko sen. Rozłożyłam więc ręce i zamknęłam oczy. Przestałam się zachowywać jak zimny głaz. Niczym zmrożony płatek wiosennego kwiatu, opadam spokojnie i delikatnie. Oddaję się bezkresnej ciszy, czekając na swoją porę roku i odpowiedni czas. Na przebudzenie.

Bo właśnie gdzieś tam jest mój kawałek raju.

MoRmi.