ŻYWOT STUDENTA POCZCIWEGO


Rozmowy nocą, stado żubrów, Yoko Kanno, dredy, Wypłosz i zgon. Jakie wnioski? Dwa:

  1. zawsze byłam outsiderem
  2. nie nadążam za swoim życiem

W porównaniu z ubiegłym, ten rok jest dziwny. I pomyśleć, że to dopiero jego połowa. Kompletnie zgłupiałam. Nie wiem gdzie jestem. Coraz częściej zatracam poczucie rzeczywistości i zastanawiam się, jaki jest mój cel. Powołania swego nie znam i nie chce mi się już zaglądać do każdej napotkanej nory z nadzieją, że w końcu je odnajdę. Przepis na życie podrzucił mi jakiś kucharz z kulinarnym antytalentem, więc nie ma co się dziwić, że zamiast słodkiego ciasteczka, znów wyszedł mi zakalec.

Sesja zdecydowanie nie sprzyja nauce. Sprawia, że radość ze zdobywanej wiedzy zamienia się w koszmar, który paraliżuje i demobilizuje. W króciutkim czasie, w tempie naćpanego chomika zapier-ekchm w kołowrotku, w przeciągu bezsennej nocy, przyswojenie semiotycznego mechanizmu kultury, czy bezmyślne wyklepanie daty soboru w Konstancji, Lyonie, Vienne, Pizie, Bazylei, Ferrarze, Florencji, Antananarywo i Księżycu, graniczy niemalże z cudem. Mój mózg stał się fenomenem na skalę międzynarodową. Jest niewinny i nieskazitelny, niczym tabula rasa i chociażbym ryła po nim młotem pneumatycznym, nie zostanie na nim nawet najmniejsza ryska. Jest tak nowiutki, gładki i piękny, że aż się prosi, żeby wystawić go na allegro.

Zdałam sobie dziś sprawę, że wizja odpoczynku… nie, tej wizji właściwie nie ma. Słowo „wakacje” zostało dość brutalnie wymazane z mojego ubogiego słownika. Zaraz po zakończeniu sesji, jeszcze w czerwcu, ponownie emigruję na wyspy w charakterze taniej siły roboczej. W końcu trzeba mieć za co się utrzymać w przyszłym roku akademickim. Jednakże chyba jeszcze nie dorosłam, żeby żyć jak dorosła. Czuję się trochę, jakby wrzucono mnie do wielkiego oceanu. Przede mną bezkresny błękit, pozbawiony nawet najmniejszych wysepek. Będę sobie płynąć i płynąć, stylem na siekierę albo jak kto woli, topielca. Trochę mnie to frustruje, ale cóż poradzić. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko westchnąć i płynąć dalej.

Nie jest źle. Jest tylko jakoś ociężale i obojętnie, jakby zupełnie bez ruchu.

MoRmi

MARANA THA

Jesteśmy prochem. Nasza egzystencja jest pasmem sukcesów i sromotnych porażek. Podnosimy się, by zaraz potem, rażeni piorunem własnych występków, upaść. Wszyscy ranimy i wszyscy jesteśmy zranieni. Uciekamy, ale nigdy nie uciekniemy. Jak małe osamotnione szczeniaki, przerażeni biegamy w poszukiwaniu suki. Lecz jedyne co odnajdujemy, to zimne głazy i krwiożercze drapieżniki. Potem, z tych psów wyrastają inne lodowate skały i jeszcze brutalniejsze bestie. Historia, napędzana siłą naszych łap, zatacza kolejny okrąg. Szczęśliwy ten, kto wyszarpie się z tej chorej karuzeli, zwanej rzeczywistością. Nie jesteśmy już ludźmi – jesteśmy wytresowanymi psami. Jeśli któryś stwarza trudności „wychowawcze”, idzie na odstrzał. Nie oglądaj się za siebie. Czasem lepiej i przede wszystkim łatwiej żyć w nieświadomości.

***

Pustka i cisza natrętnie wwiercają się do uszu. Słowa grzęzną w gardle. Powietrze gęstnieje i osiada na płucach, niczym zamaskowana smoła w tytoniowym dymie. Ciało robi się coraz cięższe. W umyśle  grasuje czarna dziura, która połyka wszystkie myśli. Jest beznamiętnie, chłodno i obojętnie. Nie czuć ruchu. Wszystko zawisło, jakby uwięzione w wielkiej przeźroczystej bryle. Obce siły prężą się. Jak zniecierpliwione koty gotowe do skoku, wyciągają naostrzone pazury i niczym atmosfera, schodzą coraz niżej i niżej. Napierają na ciało i powoli rozsadzają wnętrze. Czas znów stanął w miejscu.

MoRmi