THE REINCARNATION OF MoRmi, CZYLI TOMORROW NO ŚCIEMA.

Let me tell you about my life,
Let me tell you about my dreams,
Let me tell you about the things that happen
Always real to me

Let me tell you of my hope
Of my need to reach the sky
Let me take you on an awkward journey
Let me tell you why
Let me tell you why

Why should these curses be laid upon me
I won’t be forgiven ’til I can break free
What did I do to deserve all this guilt
Pay for my sins, for the sale of my soul
Demons are trapped all inside of my head
My hopes are gone reach for heaven from hell

My sins are many, my guilt is too heavy
The pressure of knowing, of hiding what I know
I’m able to see things, things that I don’t want to see
The lives of a thousand souls, weigh heavy down on me

I know they’re crying for help reaching out
The burden of them will take me down as well
The sin of a thousand souls not died in vain
Reincarnate still in me live again

Someone to save me,
Something to save me from myself
To bring salvation
To exorcise this hell

Someone to save me
Something to save me from my hell
A destination
Away from this nightmare

Iron Maiden, The Reincarnation of Benjamin Breeg

Mój burzliwy romans z Iron Maiden przeżywa renesans. Z satysfakcją i nieprzyzwoitą przyjemnością, zatapiam się w wzburzonych falach gitar, gdzie głos pana Dickinsona, niczym długie ramiona wodorostów kołysanych morskimi prądami, gładzi moje zmysły.
Regularnie powtarzające się pejoratywne dziczenie, jest niejako wpisane w moją naturę i nie istnieje na to żadne lekarstwo. Trudno ze mną wytrzymać i potrzeba wiele sił oraz cierpliwości, by mnie swobodnie oswoić, a i to nie gwarantuje oczekiwanych rezultatów. Mam tendencję do popadania w skrajności. Całe moje życie to ciągłe ścieranie się przeciwieństw. Nigdy nie ma „po środku”. Wszystko jest czarne, albo białe. Balansuję na ostrzu, między wybuchem entuzjastycznej radości, a najgłębszym rowem depresyjnych skłonności. Z satanizmu w chrześcijaństwo. Z nieśmiałej miłości do jadowitej nienawiści.

Anglia. Niewiele zmieniło się tutaj od mojego ostatniego pobytu. Ludzkie serca wciąż wyją z głodu, grzech i zepsucie walają się po chodnikach wraz z puszkami po piwie i zużytymi prezerwatywami, a słońce omija tę wyspę szerokim łukiem, ustępując miejsca wiatrom i deszczom. Tak sobie myślę, że może to we mnie jest jeszcze zbyt wiele uprzedzenia? Może urok tego kraju ogranicza się do ulic Londynu, którego nie miałam jeszcze okazji zobaczyć? Może po prostu trafiłam do miejsca, w którym ów naród w ukryciu przed całym światem, pierze swoje największe brudy? Może jestem nie tam gdzie trzeba i w towarzystwie nieodpowiednich ludzi? A może to ze mną i moim systemem wartości jest coś nie tak, przez co nie jestem w stanie wpasować się i zsynchronizować z falami rzeczywistości? Mimo, iż czuję się bardzo swobodnie i pewnie stąpam po brytyjskiej ziemi, nie darzę wygórowaną sympatią tego miejsca. Anglii jestem wdzięczna jedynie za Iron Maiden, i niech tak już pozostanie. Skoro nie mogę polubić tej bestii, to chociaż ją oswoję i bezczelnie wykorzystam.

Bujne słowotwórstwo miejscowej polonii w połączeniu ze śmiertelnie skomplikowanym i trudnym językiem angielskim, zaowocowało nowym systemem językowym – Pąglish. Doprawdy, zafascynowała mnie twórczość rodaków.

Nie dostałam się na drugi kierunek studiów. Niestety, niski poziom trudności tegorocznej matury z języka polskiego bynajmniej mi w tym nie pomógł, czyli debili nie przyjmują. Nie ma dla mnie chyba nic bardziej uwłaczającego, niż niepowodzenie w sferze intelektualnej, jeśli mogę to tak nazwać. Pierwszy ból i gorycz porażki mam już za sobą, a teraz dławię się już tylko jej resztkami. Jednakże nie martwię się o swój stan, bo kilka dni bezmyślnej pracy, zadziałają kojąco niczym balsam. Nie znaczy to jednak, że w przyszłym roku nie ponowie swoich starań.

Bo rudy to nie tylko kolor, to przede wszystkim charakter.

MoRmi