SMAK SURREALIZMU

Muzyka powolnym strumieniem sączy się z głośników i  bezszelestnie miesza ze spokojnym blaskiem świec. Splecione w namiętnym tańcu, rozpływają się w powietrzu i wypełniają pokój specyficznym aromatem. Bardzo lubię ten nastrój, nienaturalny spokój, półmrok i odosobnienie. Mam uczucie jakbym płynęła, a czas zastygł w miejscu.

Pewien rodzaj napięcia i ekscytacji pręży się i przeciąga, niczym rozbudzony kocur. Spogląda na mnie spode łba, leniwie liże swoją łapę i pociera o pysk. Łasi się i najwyraźniej nie opuści, dopóki nie spakuję walizki i nie wsiądę do pociągu, wcale nie „byle jakiego”. Chcę do Krakowa. Czuję, jakby to miasto było wielkim sitem, przez które muszę przejść, aby dowiedzieć się w końcu, co mi naprawdę zrobiły ostatnie trzy miesiące. Sącz mnie odurzył i wstrzyknął jakieś dziwne znieczulenie. Jestem tylko mocno zniecierpliwiona, obdarta z poczucia realności, pogrążona w śnie na jawie. Moje życie w tej chwili przypomina kawę, która nie smakuje, nie pachnie i nie wygląda jak kawa. Instynktownie wyczuwam, że to właśnie ona, chociaż wszystko wskazuje na coś zupełnie innego. Są marzenia i jest rzeczywistość. Górnolotne hasła i życie. Nadzieja i naiwność. Jestem ja i ty. Jesteś?

Czasem czuję się jak małe ziarenko piasku zamknięte w szklanej klepsydrze. Ciągle spadam, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto przyjdzie i odwróci tę cholerną klepsydrę.

Pukam, lecz tym razem trochę mocniej niż poprzednio. Wciąż jednak nie dostaję odpowiedzi. Zapomniałam chyba, że nie da się otworzyć raz zamkniętych drzwi, a tym bardziej pozostawić ich otwartych. Do tej pory myślałam, że dobijam się do wewnątrz. Jakże więc wielkie było moje zdziwienie, kiedy spostrzegłam, że to ja rozpaczliwie staram się przebić na zewnątrz. Z dwojga złego, wolę już tę klaustrofobię od agorafobii. Międzyczasie może w końcu uda mi się zapukać na tyle mocno, żeby wyważyć te drzwi. Jednakże, czy wtedy będzie mi jeszcze zależeć?

Świat ukryty za kaloryferem Henry’ego i owca z gwiazdą na grzbiecie, w tym świetle stają się czymś zupełnie naturalnym. A  mówią, że to ja doznałam emocjonalnego popieprzenia.

MoRmi

SZCZYPTA HEDONIZMU

Niewiele osób zdaje sobie chyba sprawę z mojego powrotu. Wątpię również, czy w ogóle zauważyli moje zniknięcie. Bynajmniej jednak nie przeszkadza mi owy stan rzeczy. Dzięki temu nie muszę się zbytnio wysilać i teatralnie angażować w relacje, które zdechnął szybciej, niż się narodziły. Może jestem zbyt egocentryczna i leniwa? Też. Jednakże w chwili obecnej bardzo mi z tym wygodnie.

Do późnych godzin porannych wyleguję się na wielkim łóżku, głęboko zakopana pod miękką pierzynką, obżeram się słońcem, łapię resztki utęsknionego lata, przeżywam  burzliwy romans z Murakamim i niczym rasowy otaku*, w towarzystwie miski ciastek, owoców i soku marchewkowego, spędzam całe dnie z laptopem na nogach, nadrabiając zaległe anime. Słodkie „nicnierobienie”, czyli wypoczynek w stylu rozpieszczonego kota. Muszę przyznać, że jest mi nieprzyzwoicie dobrze.

Moje nygusostwo ma również wpływ na to, co i jak piszę, dlatego na tym dziś zakończę.

MoRmi

*Otaku – termin, którym określa się w Japonii wielkiego fana danego idola, dziedziny sztuki, filmu, komiksu, itd. który nie widzi poza nim świata. W Japonii ma ono negatywne zabarwienie, ale poza jej granicami już nie, gdzie przypisywane jest każdemu miłośnikowi mangii i anime.