AFEKT

Leżała tuż obok niego. Zachłannie dotykała jego ciała, ale nie czuła miękkości i ciepła skóry. Zdawało się, jakby wodziła ręką po zimnej, twardej ścianie. Byli od siebie oddaleni jednym płytkim oddechem, a mimo to miała wrażenie, jakby dzieliła ich ogromna przepaść. Biegła w jego stronę, ale dystans między nimi z każdym krokiem robił się coraz większy. Rozpaczliwie szukała w jego szklistych oczach własnego odbicia, ale pustka pochłaniała wszelkie światło. Z przerażeniem wiła się na pościeli niewyrażalnych uczuć, błądziła po jego ciele w poszukiwaniu doskonale znanych jej miejsc, coraz mocniej go obejmowała, ale jej wnętrze wciąż krzyczało z samotności i opuszczenia. Chciała się rozpłakać, wylać z siebie to potworne uczucie osamotnienia, ale nie mogła. Była jak wyschnięta studnia na bezkresnej pustyni.

Zrobił coś niewybaczalnego. Oswoił jej serce, a potem niespodziewanie odszedł. Nie zrezygnował z niej pomimo, iż wielokrotnie dawała mu jasno do zrozumienia, że to na nic. Nie zniechęcił się nawet obronnym murem, który wybudowała wokół siebie. Niestrudzenie i mozolnie, z dużą dozą cierpliwości, dłubał w nim próbując przedostać się do wewnątrz. Jego trud został w końcu wynagrodzony i zdołał się przebić. Wszedł. Była  zaskoczona jego widokiem. Zbliżył się do niej i roztopił lód z serca. Ujął je ostrożnie i zsynchronizował ze swoim tak, że zaczęły wybijać ten sam, nieśmiały, delikatny rytm. Nie zdążyła nawet dobrze oprzytomnieć i uświadomić sobie, co się w niej zrodziło, kiedy  nagle zaczął się wycofywać. Powoli oddalał się w stronę wydłubanej w murze niewielkiej dziury, by chwilę później, bez słowa zniknąć w niej na dobre. Została sama, a pustka i samotność, rzuciły się na nią jak wygłodniałe hieny. Nigdy wcześniej nie doświadczyła tak intensywnego poczucia porzucenia. Do tej pory żyła w przekonaniu, że owo uczucie, którym ją darzył, po prostu jej się należało, lecz dopiero po jego utracie zdała sobie sprawę, w jak żałosną kreaturę przemieniła ją własna pycha.

Czuła, że nie jest już tym samym, kim była dla niego kiedyś. Wszystko co miała w sobie najcenniejszego, zostało już dawno odkryte. Była nieskomplikowana, przewidywalna, przeciętna, a czasem może nawet nudna. Cud, który stał się codziennością, przez co  utracił swoją wyjątkowość. W rzeczywistości, nie było już nawet o co zabiegać. Paliło  ją poczucie winy. Nie mogła odgadnąć, w którym momencie popełniła błąd. Miała  wrażenie, że on już wie o niej wszystko, a ona o nim kompletnie nic. Najwyraźniej musiał się rozczarować tym, co naprawdę zobaczył. Mimo wszystko, gdzieś w głębi była jakby przygotowana na ten moment, w końcu ani raz nie usłyszała z jego ust „kocham”.

Leżała tuż obok niego i wiedziała, że jego już tutaj nie ma.

MoRmi

SKÓRA Z WĘŻA I NARODZINY GOJIRY

Słowa. Te rozbrykane literki, z pozoru bardzo chaotyczne, kiedy już się wyszaleją i powrócą na swoje miejsca, zadziwiają swoim porządkiem. Stoją grzecznie w kilometrowym rządku, jedna obok drugiej, tworząc harmonijną i logiczną całość. Lubię je, a one odwzajemniają moją sympatię. Wspólnie się bawimy, pracujemy, gonimy, łaskoczemy, pocieszamy, troszczymy, a czasem nawet kłócimy. Zapuściły we mnie swoje delikatne, nieśmiałe korzonki, przez co stały się nierozłączną częścią mojego istnienia. Łączy nas swoisty mutualizm. One są dla mnie powietrzem, a mój umysł i serce ich pokarmem. Są jak dłuto, którym z rozkoszą rzeźbię w  papierze. Narzędzie, które podwędziłam Bogu, a które daje mi nieograniczone możliwości kreacji i tworzenia.

Mimo wszystko, czegoś mi brakuje. Towarzyszy mi pewnego rodzaju niedosyt, nieprzyjemny posmak. Być może jest to spowodowane tym, że wciąż nie mogę odnaleźć swojego powołania, że jestem tylko amatorką? Czuję w sobie te słowa, jak rosną i dojrzewają, ale nie potrafię ich wydobyć na zewnątrz i  poczęstować innych. Czas jednak płynie, słowa przejrzewają, opadają na ziemię i gniją. Marnuję je. Zamiast tego, zbieram do kupki wszystkie swoje naiwne pragnienia, potem odejmuję od nich dostępne środki oraz sytuacje, które mnie wiążą i po otrzymaniu konkretnej różnicy, zaczynam się  zastanawiać, jak zostać MacGyver’em. Zatkałam się jak odpływ w  toalecie. Jestem  wypełniona po brzegi niezbędnymi materiałami, determinacją, mobilizacją, chęcią pracy i czasem, które nie chcą spłynąć i  pobudzić do działania tego wielkiego koła, jakim jest moje ciało. Z  każdym dniem czuję, jakby podświadomie przygotowywało się do zimowej hibernacji. Jestem pustą, pozbawioną wnętrza, rozsypującą się skorupą. Skórą, którą zrzuciłam jak wąż. Jestem ja-obecna i nie wiem gdzie sobie poszła ja-właściwa.

Dobrze jest wrócić do Krakowa. Ku mojemu zaskoczeniu, brakowało mi tych  zatłoczonych ulic, popołudniowych korków, ścisku w tramwaju, ciężkiego i metalicznego powietrza, a przede wszystkim anonimowości. Czuję się tutaj jak ryba w wodzie – pływam wśród fal ludzkich ciał, perfekcyjnie zamaskowana i  niezauważana. Jestem jedną z setek tysięcy i nikogo nie interesuje moja egzystencja. To się ponoć nazywa  samotnością jednostki skąpanej w bezkształtnej masie, ale mi to wcale nie przeszkadza.  Dzięki temu, moja tendencja dziczenia zostaje przyjemnie połechtana.  Moje poczucie niezależności i  indywidualizm, karmione codziennością, rozrastają się do  nienaturalnych rozmiarów. Ta śliniąca się hybryda, spoglądając na mnie swoim zezowatym wzrokiem, obnażając żółte kły w karykaturalnym grymasie, czeka machając opancerzonym ogonem, kiedy pańcia da jeść. No to daje. Myślałam jednak, że moje pierwsze dziecko będzie wyglądać bardziej… ludzko.

MoRmi