NOVEMBER SUN

Jest listopad i świeci słońce. Zaakceptowałam jesień, również tę zimną, pochmurną i deszczową. Jej obecność jest mi bardzo na rękę. Mam uczucie, jakby wszyscy dookoła tak mocno skupili się na panującej aurze, że kompletnie zapomnieli o czymś naprawdę ważnym, czym w spokoju i samotności mogę się nasycić. Pogrążeni w półśnie ludzie, w milczeniu kołyszą się wraz z leniwie sunącym po wąskich torach tramwajem, a zza jego mokrych i  brudnych szyb, miasto wydaje się jeszcze bardziej ponure i chłodne. Mimo to, cień uśmiechu wciąż majaczy w kącikach moich ust i łaskocze przypadkowo napotkanego, apatycznego przechodnia. W końcu to nie jego wina, że frustracja, jak wyleniały kundel, snuje się za nim krok za krokiem.

Już czas się odkochać. Tylko jak to zrobić, kiedy wiertarka wspomnień natrętnie, głęboko i boleśnie wkręca do głowy swój wielki świder myśli o nim? Doprawdy, czuję się,  jakby wrzucono mnie w sam środek romantycznego dramatu.

Świat jest wyjątkowo skomplikowany, zwłaszcza, gdy ma się 20lat.

MoRmi

NOVEMBER RAIN

Jest listopad i pada deszcz. Kiedy stałam na przystanku i wpatrywałam się w opalizujące w świetle nocnych latarni kropelki deszczu, wydawało mi się to najbardziej naturalną rzeczą we wszechświecie. Dziś powinno padać, tak jak po nocy powinien nadejść dzień. Wszystko, co ma początek, ma też swój koniec i  ten deszcz był właśnie przysłowiową kropką nad i. Był niezbędny do zakończenia tego irytująco długiego i bezsennego weekendu. Otulony płaszczem nocy, spokojnie i w milczeniu zmywał krew z pola bitwy, która karmiła i użyźniała wyjałowioną ziemię.

Nic nie czuję. Nie jest mi smutno, bo wszystko co mnie zatruwało, wypłynęło na zewnątrz wraz ze łzami. Moje serce jest do tego stopnia zmęczone, że przestało już nawet odczuwać ból. Panuje cisza, taka sama, którą można doświadczyć wszystkimi zmysłami po gwałtownej nawałnicy, lub stojąc pośrodku poligonu, z którego usunięto już zwłoki poległych. To prędzej czy później musiało nastąpić, a odwlekanie było równoznaczne ze spotęgowaniem wstrząsu. Pomimo, iż czekałam na nią od dawna, pobudka okazała się niespodziewana i wyjątkowo brutalna. Nikt jednak nie obiecywał, że będzie przyjemna.

Wysiadłam z tramwaju i ruszyłam w stronę mieszkania. Złożyłam parasolkę i pozwoliłam, by chłodne jesienne krople głaskały moją twarz i włosy. Chciałam się rozpłynąć, stać nierozłączną częścią tego deszczu. Stracić się i odzyskać w nowej formie.

Czy tak smakuje zdrada?

MoRmi

WSCHÓD KSIĘŻYCA

Ja-właściwa wróciła równie niespodziewanie, jak zniknęła. Nie wiem gdzie była i co przez ten czas robiła, ale jej skóra i włosy przesiąkły słodkim zapachem delikatności i spokoju tamtego miejsca. Zbliżyła się do mnie i czule objęła, jak obejmuje się przerażoną młodszą siostrzyczkę, by dodać jej otuchy. Na początku byłam trochę speszona, będąc przytulaną przez samą siebie, jednakże po chwili moje mięśnie się rozluźniły, a oddech uspokoił. „Nie ma powodu do strachu, wszystko jest na swoim miejscu, przy mnie jesteś
bezpieczna” – zdawało się mówić jej serce. Zamknęłam oczy i wsłuchałam się w jego równy rytm. Uwiadomiłam sobie wówczas, jak bardzo się za sobą stęskniłam.  Odwzajemniłam jej uścisk i poczułam, jak nasze ciała roztapiają się, mieszają i łączą w jednolitą masę. Ja-właściwa wtopiła się i stała częścią mnie… a może to JA-obecna jestem JEJ składnikiem? Spokój i delikatność rozpłynęły się w moim wnętrzu, wędrują z krwią po całym organizmie i ożywiają każdą obumarłą komórkę. Jestem miękka jak świeża glina w pewnych i doświadczonych dłoniach Rzeźbiarza. Budzona z bardzo długiego snu.

Już prawie pełnia.

MoRmi