„HARD-BOILED WONDERLAND”

Stałam na przystanku tramwajowym z książką w lewej dłoni i mrużąc oczy, spoglądałam na słabe promienie słońca, które uparcie próbowały przedrzeć się poprzez mleczną zawiesinę chmur. Lodowaty wiatr z łatwością przenikał poprzez cienką, czarno-niebieską, wiosenną kurtkę i smagał moje plecy. Było mi zimno. Jednakże ów chłód wcale mi nie przeszkadzał. Przyjęłam do wiadomości i zaakceptowałam fakt, że moje ciało pokryte gęsią skórką, marznie, ale nie zamierzałam nic z tym robić. Nie owinęłam dokładniej szyi arafatką, nie założyłam bawełnianych rękawiczek, nie wyciągnęłam kapelusza z torby, ani nawet się nie zapięłam. Zresztą, nie lubię zapinać tej kurtki.

Tramwaj w końcu nadjechał, otworzył swoją paszczę z której wypłyną potok obcych twarzy, a jego miejsce szybko wypełniła porcja świeżego ludzkiego mięsa.

Wtedy właśnie się obudziłam.

- Dzień dobry MoRmi. – usłyszałam tuż za swoim lewym uchem.

Stałam nieruchomo i tępym wzrokiem, wpatrywałam się w rozwartą szczękę tramwaju. Czekał na mnie, a cichy pomruk termostatów wewnątrz pojazdu, zapraszał mnie do środka. Nie zareagowałam. Tramwaj prędko się zniecierpliwił. Dzwonek zawył nieprzyjaźnie, drzwi zamknęły się z ostentacją i chwilę później, zostałam na przystanku sam na sam z surowym wiatrem.

To, co zastałam, nie napełniło mnie jakąś szczególną radością: niepotrzebna, pospolita, kapryśna, nieznośna, rozleniwiona, trochę bardziej rozczochrana, wulgarna, z wątpliwościami rozmnażającymi się w króliczym tempie, bólem głowy, sadzą na oczach, oraz reklamówką po brzegi wypełnioną namiętnością i pożądaniem. Mimo wszystko, widok tej poczwarki nie napawał mnie obrzydzeniem. Można nawet powiedzieć, że w pewnym sensie darzyłam ją sympatią. W końcu to moje pierworodne dziecko, spłodzone przez estetyczną intuicję i szczyptę chaosu, które w bólach rodzenia, wydał na świat mój introwertyczny umysł.

Na przystanku, z każdą minutą przybywało ludzi. Nadjechał kolejny tramwaj. Wszystko działo się w tej samej kolejności – drzwi się otworzyły, ludzie wysiedli i wsiedli, dzwonek zawył, drzwi się zamknęły i chwilę później, pojazd zniknął za zakrętem. Był jak wielki mechanizm, który napędzał zegar życia w mieście, a bez którego wszystko w jednej sekundzie zamierało w miejscu.

Tym razem wsiadłam.

Zajęłam pojedyncze miejsce przy oknie, przeznaczone dla matki z dzieckiem, wyciągnęłam książkę, otworzyłam na 251 stronie i odpłynęłam.

Polubiłam Murakamiego. Do tej pory drażniły mnie jego książki. Pozostawiały po sobie dziwny, nieznany mi dotąd posmak, ale mimo to, wciąż było w nich coś intrygującego. To właśnie chęć odkrycia tej obcej przyprawy, którą dyskretnie okraszał swoje historie zaklęte na kartach powieści, napędzała mnie i sprawiała, że nie zniechęcałam się i sięgałam po kolejne pozycje. Pan Haruki jest osobliwym człowiekiem, ale dopiero teraz, będąc w połowie dziewiątej książki, zdołałam się w końcu przedrzeć na „Koniec Świata”
i zrozumieć jego surrealistyczną rzeczywistość. Dzięki temu, przestałam już nawet zwracać uwagę na studnie, cienie, muzykę klasyczną, uszy, błoto, czy seks, traktowany jak powszednią potrzebę fizjologiczną, na równi z zaspokajaniem głodu czy wydalaniem.

***

I’m just a soul whose intentions are good”, ale wyszło jak zawsze. Wiem, czego mi się nie chce. Głowę, jak opuszczone zamczysko, nawiedzają duchy coraz to bardziej absurdalnych i niedorzecznych pomysłów. Kiedy myślę o swoich marzeniach i planach, wydają się tak abstrakcyjne, jakby wcale nie należały do mnie, ale obcej osoby, a ich realizacja mieści się w bliżej nieokreślonej przyszłości, czyli nigdzie. One gdzieś są, istnieją, zawieszone wysoko w atmosferze, ale nie mają nic wspólnego z rzeczywistością i codziennością.

Czasem mam wrażenie, ażeby przełamać w końcu tę nieznośną blokadę, jak Sumire, muszę porzucić wszystko, przejść na drugą stronę lustra i zniknąć na pewien czas.

Mam ochotę na literaturę, filozofię, japoński, angielski, seks, Iron Maiden i anime, a dziś dodatkowo nawet na niemiecki, ale myślę, że to niegroźna dolegliwość i obejdzie się bez antybiotyku. Tymczasem cierpię na brak czasu, a pozostałe wolne chwile marnuję, gdyż obecne zajęcia wystarczająco mnie zniechęcają do rzeczy ważnych.

Jem ciastka i piję sok marchewkowy. Ciastka są kruche, słodkie i rozpływają się w ustach, a smak marchewki zupełnie do nich nie pasuje. Jest jak nuta w harmonijnej gamie, postawiona w złym miejscu, albo plama na szkle obiektywu. Mnie to jednak nie przeszkadza. Nie przepadam za rzeczami idealnymi. Poprawka. Nie ma rzeczy idealnych, dlatego tym bardziej cieszę się z tej nuty, plamy i soku marchewkowego. Nie przejmuję się też narodzinami mojej poczwary. W końcu nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, a kot i tak spadnie na cztery łapy.

MoRmi

PRAWIE ROZWÓD, CZYLI SEPARACJA

„- Już idziesz? – odezwał się głos.
(…)
- Tak, odchodzę – odparł Upiór. – Dziękuję za gościnę, ale to na nic. Mówiłem jej – tu wskazał na jaszczurkę – że musi być cicho, jeżeli chce ze mną jechać, bo za nic nie chciała mnie puścić samego. Oczywiście, to, co ona mówi, zupełnie tu nie pasuje, doskonale to rozumiem, ale ona nie chce przestać. Po prostu muszę wracać.

- Czy chciałbyś, żebym ją uciszył? – (…)

- Pewnie, że bym chciał – odparł Upiór.

- Och, aj, uważaj! Sparzysz mnie! Odsuń się! – wykrztusił Upiór i pospiesznie się wycofał.

- Nie chcesz, żebym ją zabił?

- Przedtem nie mówiłeś nic o zabijaniu. Nie chciałbym cię fatygować i prosić o coś tak drastycznego.

- To jedyny sposób – odparł Anioł, a jego płonące dłonie zbliżały się coraz bardziej do jaszczurki. – Czy mam ją zabić?

- No to całkiem nowe pytanie. Nie mam nic przeciwko temu, żeby je rozważyć, ale to coś zupełnie nowego. To znaczy, myślałem, żeby może na razie tylko ją uciszyć, bo tu na górze, no, jej gadanie jest takie upokarzające.

- Czy mogę ją zabić?

- Hm, może porozmawiamy o tym potem.

- Nie mamy czasu. Czy mogę ją zabić?

- Ach, proszę, nie rób sobie kłopotu. Nie, naprawdę, nie przejmuj się mną. Popatrz! Zasnęła. Jestem pewien, że teraz będzie już w porządku. Ogromnie dziękuję.

- Czy mogę ją zabić?

- Doprawdy, nie sądzę, żeby było konieczne. Jestem pewien, że teraz uda mi się utrzymać ją w ryzach. Myślę, że lepiej odzwyczajać się stopniowo, niż od razu zabijać.

- Stopniowe odzwyczajanie nic nie da.

- Tak sądzisz? Hm, obiecuję pomyśleć bardzo poważnie nad tym, co powiedziałeś. Naprawdę obiecuję. Pozwoliłbym Ci właściwie zabić ją już dziś, ale prawdę mówiąc, nie czuję się najlepiej. Głupotą byłoby robić to
teraz. Muszę być zupełnie zdrowy, żeby zdecydować się na taką operację. Może innego dnia.
- Nie będzie żadnego innego dnia. Ten dzień zawiera wszystkie inne.

- Odsuń się! To parzy! Jak mogę ci powiedzieć, żebyś ją zabił, skoro i mnie przy tym zabijesz?

- Tak się nie stanie.

- Już teraz sprawiasz mi ból.

- Nie powiedziałem, że nie będzie cię bolało. Powiedziałem, że cię nie zabiję.

- No tak, wiem, myślisz, że jestem tchórzem.Ale to nie tak, naprawdę. Posłuchaj, pozwól mi wrócić dzisiejszym autobusem i poradzić się mojego lekarza. Wrócę, jak tylko znajdę wolną chwilę.

- Ta chwila obejmuje wszystkie inne chwile.

- Dlaczego znęcasz się nade mną? Naśmiewasz się ze mnie. Jak mogę ci pozwolić, żebyś mnie rozszarpał na kawałki? Jeżeli chcesz mi pomóc, to dlaczego nie zabiłeś tej przeklętej poczwary bez pytania mnie o zgodę, zanim zdążyłem się zorientować, o co ci chodzi? Gdybyś tak zrobił, teraz byłoby już po wszystkim.

- Nie mogę jej zabić wbrew twojej woli. To niemożliwe. Czy się zgadzasz?
   Ręce Anioła niemal zacisnęły się na Jaszczurce, ale jeszcze jej nie dotknęły. Wtedy nieszczęsne stworzenie zwróciło się do Upiora tak głośno, że nawet ja słyszałem, co mówiło:
- Uważaj, on naprawdę może to zrobić. Może mnie zabić. Wystarczy jedno twoje słowo, a zostaniesz beze mnie na zawsze. To nienormalne. Jak mógłbyś żyć? Byłbyś tylko smętnym upiorem, a nie prawdziwym człowiekiem tak jak teraz. On nic nie rozumie. Jest tylko zimnym, bezkrwistym, abstrakcyjnym tworem. Dla niego to może normalne, ale nie dla nas. Tak, tak, wiem, nie mamy już prawdziwych przyjemności, tylko sny. Ale czy to nie lepsze niż nic? Obiecuję, że będę się starać jak nigdy. Przyznaję, że przedtem czasami pozwalałam sobie na zbyt wiele, ale to się już więcej nie powtórzy. Będziesz miał można powiedzieć, całkiem niewinne…

- Zgadzasz się? – ponownie zapytał Anioł.

- Wiem, że to mnie zabije.

- Nie zabije cię. A gdyby nawet?

- Masz rację. Lepiej umrzeć, niż żyć w ten sposób.

- A zatem pozwalasz?

- Niech cię piorun strzeli! – ryknął Upiór. – No już, bierz się do roboty! Skończ z tym! Rób, co masz robić! – Zaraz jednak jęknął: – O, Boże! O, Boże!
Po chwili wydał z siebie taki wrzask, jakiego nigdy nie słyszałem na ziemi. Płonący Anioł zacisnął purpurową dłoń wokół gada, zakręcił nim, a gdy ten wciąż jeszcze gryzł i wił się, odrzucił go ze skręconym karkiem na trawę.
- Ooo, koniec ze mną – wysapał Upiór; zatoczył się i upadł na wznak.

/C. S. Lewis, „Rozwód ostateczny”/