EGZYSTENCJALNE KŁACZKI I INNE ROBACZKI

Rozsądek niestrudzenie wspina się po ostrych krawędziach mojego umysłu próbując dotrzeć do jądra. Dociera, ale jedyne co zastaje, to zaniedbany ogród niewypowiedzianych i surowych słów. Rozrosły się one jak chwasty, grzęzną w gardle i odcinają światło. Zabierają miejsce i składniki odżywcze innym wartościowym słowom. Jestem rozsypanymi i wybrakowanymi puzzlami. Grabarzem, który chowa swoje trupy do szafki, zamiast zakopać w ziemi. Niedopieszczonym bydlakiem, który wciąż upomina się o swoje i morderczym wulkanem ambicji podczas erupcji.

Mimo kończących się praktyk, zajęć nie dość że nie ubywa, to jeszcze chyba właśnie przybywa. Jednakże nie martwię się tym wcale. Ja jestem jedną z tych masochistek, która uwielbia kolekcjonować problemy. Dzięki temu nie mam prawa narzekać na nudę, a ja przecież uwielbiam, kiedy coś się dzieje i w czymś mogę się wykazać. Praca w „Bagateli” tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że jestem w stanie rozwiązać każdy problem, a jeśli takowego nie ma, to sama go znajdę i rozwiążę. W końcu jestem elastyczna i mimo początkowych ataków grymasów i dąsów, dostosuję się i wpasuję do każdej sytuacji. Taka natura człowieka, który jak plastelina, zapełni każdą szczelinę rzeczywistości.

Moje ciało zapada w sen zimowy, a mózgojadek wkrótce będzie obchodził roczek. Czekam na wyniki tomografii, które zapewne niewiele będą się różniły od tych z morfologii, ale zrobiłam to – dałam się po nakłuwać tu i ówdzie, wyssać krew, nafaszerować kontrastem, napromieniować, a nawet wsadzić wenflon, który o mały włos nie przedstawił mnie podłodze w przychodni. Dzięki temu będę mogła teraz z czystym sumieniem miziać się ze swoim robaczkiem w głowie i skupić na ratowaniu skóry przed, lecącą na łeb na szyję, temperaturą.

MoRmi