NAHJI

Nahji odleciały. Pozostawiły po sobie jedynie puste i głuche niebo. Wyciągam doń rękę, ale nie sięgam. Błękit jest zbyt daleko. Zamykam oczy i opadam. Spokojnie i delikatnie. Nie walczę, nie szamocę się, po prostu spływam, jak górski strumień po gładkich i śliskich kamieniach. Samotnie i nędznie, bez zbędnego bagażu i balastu. Tak mizerna i biedna jak wtedy, gdy przyszłam tu po raz pierwszy. Czekam aż ból minie, a opierzone kości przebiją się przez warstwę żywego mięsa i skóry; na skrzydła, by móc dogonić Nahji.

Wszytsko się rusza, miesza, płynie i kipi zamknięte w twardej skorupie mojego ciała, wypełniając każdą szczelinę. Wewnętrzna masa ciągle nie może zastygnąć. Chcę czegoś, tylko nie potrafię tego wygrzebać spośród gąszczu obowiązków.


Rozcięłam sobie klatkę piersiową, rozsunęłam żebra i zza mostku, delikatnie wyciągnęłam malutkie serce. Mam wrażenie, że zamiast krwawego mięśnia, trzymam w dłoniach przerażonego zająca. Serce rodzi się na moich oczach. Chłonie bliskość innych serc ze zwiększoną intensywnością. Żywi się światłem dziennym, a jego bicie rozchodzi się echem, zakłócając martwą ciszę. Ściskam swój mały skarb i uciekam, bo Zjadacz Serc jest już blisko.

MoRmi

分かりません

Czuję jak całe moje ciało, umysł, egzystencja i byt, wrzeszczą z niewiadomego powodu. Zaplątałam się w cieniutką, prawie niewidoczną i lepką pajęczynkę, z której nie potrafię się teraz wyplątać, a która spija moje soki. Szamoczę się w amoku, gryząc i warcząc na wszystko dookoła. Energia, która nie znajduje drogi ujścia, rozsadza mnie od środka. Ktoś mnie zamknął od wewnątrz i zgubił klucz. Krzyczę, chwytam się za głowę, chodzę po ścianach i drapię, walcząc z wyimaginowanym przeciwnikiem.

Ja po prostu nie rozumiem.

MoRmi