INDIGNITY TIME

Psychodeliczne rozmowy nocą, jak w tandetnym filmie o niskim budżecie z plastykową grą aktorów. Darmowy pornos w toalecie i stado napalonych pseudo-adoratorów, którzy po dożylnym podaniu dawki promili, ślinią się na widok wszystkiego co ma ręce, nogi, głowę, cycki i dupę.

Tańczę.

Poruszam się lekko, płynnie i bezszelestnie jak kot po ściernisku, a raczej pośród ścierw. Prześlizguję się zwinnie między śmierdzącymi ciałami, zupełnie nieobecna, uśmiechnięta i wolna. Jestem WOLNA. Wpadłam tu na chwilę z zupełnie innej bajki tylko po to, by po powrocie docenić to, co otrzymałam i otrzymuję.

Bo kiedy się kogoś naprawdę kocha, wierność nie jest ani problemem, ani przeszkodą. Ona staje się czymś naturalnym i oczywistym.

Wczorajszego wieczoru znowu leżała róża w tym samym miejscu na podłodze, w kącie korytarza. Ktoś ją zostawił zapewne po to, by w odpowiednim momencie, po pojawieniu się odpowiedniej osoby, podnieść ją i wręczyć. Zazwyczaj lituję się nad takimi porzuconymi kwiatami, podnoszę je, zanoszę na zmywak, wkładam do wody i czekam, kiedy ktoś się po nie zgłosi. Jeżeli jednak do końca imprezy właściciel się nie zjawi, zabieram je ze sobą. Tym razem jednak nie zrobiłam tego. Zostawiłam ją. Róża najpierw zwiędła, potem pod podeszwami obcych butów straciła liście i kolce, aż w zupełności zniknęła w tłumie. Odnalazłam ją nad ranem podczas sprzątania. Pośród brudu, sterty rozbitego szkła i puszek leżał  żałosny, suchy, rozwarstwiony badyl. Zamiotłam go z resztą śmieci i ze smutkiem wrzuciłam do kosza.

Nie ma już miejsca w moim sercu, by chować te wszystkie porzucone kwiaty.

MoRmi