„EYES ON FIRE”

Z nieukrywaną przyjemnością patrzę, jak stara twierdza rozsypuje się i obraca w pył. Stoję na środku dziedzińca i jedynie na co mam ochotę, to chwycić za kilof i pomóc jej umrzeć. Zniszczyć każdą cegłę, która posłużyła mi do wybudowania tego cmentarnego azylu. Jej mury są nienasycone i chociaż nie wiem jak bardzo bym się starała, nigdy nie zdołam zaspokoić jej wypaczonego pragnienia. Nie chcę opuszczać miejsca, które mnie ukształtowało-zniekształciło, ale już czas wpuścić trochę świeżego powietrza do tego zatęchłego grobu. Chcę żeby umarło, rozpuściło się jak brudna bryła zbitego śniegu w delikatnym uścisku ciepłego, nocnego wiatru.

Jestem coraz bardziej głodna. Pożeram, ale nie morduję; uwodzę, ale nie wykorzystuję. Ofiara, która stara się myśliwym oraz myśliwy, który padł ofiarą. Sukcesem nie jest rozgniecenie modliszki obcasem, ale schwytanie i oswojenie jej tak, by posłusznie siedziała na ramieniu.

MoRmi

CZTERY PORY ROKU – ZIMA

Mam wrażenie, że bezpieczeństwo które wybrałam, tępi mój skalpel zmysłów. Wprawdzie dzięki temu stałam się grzeczniejsza, z grubsza poukładana oraz przede wszystkim, przestałam być zagrożeniem dla siebie i innych. Problem jednak w tym, że bez dobrze naostrzonego noża, nie jestem w stanie dokonać operacji na otwartym sercu bez ryzyka zakażenia.

Poprawność powoduje, że drętwieję. Brakuje mi sytuacji granicznych, które były głównym paliwem maszyny-do-robienia-słów. Przestaję pisać, bo porzuciłam rzeczy, które rujnowały mi życie… a może dlatego, że uczę się mówić i mam w końcu z kim porozmawiać, przez co nie potrzebuję już tworzyć wyimaginowanych alternatyw?

Świat zagrzebał się w głębokim śnie i tylko księżyc nieśmiało zagląda do mojego okna. Stukot palców, uderzanych o klawisze klawiatury, delikatnie mąci jezioro spokoju i znaczy na jego tafli niewielkie okręgi, które coraz szersze i szersze, nikną w nocnej otchłani.

Rysuję, pierwszy raz od ponad dwóch lat. W Krakowie nie mam na to czasu – nie mam czasu na ucieczkę.

MoRmi